Hejka! Nie byłam pewna, czy mam stworzyć bloga, no ale zrobiłam to xd Mam nadzieję, że się spodoba <3
Rozdział 1
Życie mija szybkim torem. Nie lubi się zatrzymywać po drodze
na przekąski, czy zabawę. Życie jest poważne. A u kresu życia czeka nas śmierć.
Siedząc w salonie
wpatrywałam się tępo w moją ciotkę, która właśnie przed sekundą oznajmiła, że
na przyszły rok szkolny wyjeżdżam do Nowego Yorku do mojego wuja. Nie to, żebym
coś miała do Nowego Yorku, ale fakt, że będę mieszkała z moim zbzikowanym wujem
bardzo mnie zniesmaczył.
- Ale dlaczego? Tu mi dobrze. Mam przyjaciół, nie chcę
zaczynać znowu od zera.
Ha, ha ,ha! To jedno wielkie kłamstwo. Każdy kto mnie znał
wiedział dobrze, że nie mam żadnych przyjaciół, i najwyraźniej ciotka zaliczała
się do grona tych „znających mnie” osób.
- Nie kłam, bo ci nos urośnie. Z resztą, nie będziesz
zaczynała całkowicie od zera. Twoja kuzynka Marie też tam będzie się uczyć…-
ciotka zrobiła minę niewiniątka.
- Ha! I tu cię mam. Ty mnie tam nie wysyłasz dla lepszej
edukacji, ale tylko po to, abym się z kimś zakolegowała, co nie? Nie wierzę, że
mi to robisz!
- Ależ skarbie, nie robię tego tylko dlatego. W Nowym Yorku
mają bardzo dobrych psychologów, już cię nawet zapisałam na wizyty co
tygodniowe…
No tak. Zapomniałam wspomnieć, że pół roku temu w wypadku
zmarła moja najlepsza przyjaciółka i mój chłopak. A mówiąc najlepsza
przyjaciółka, mam na myśli moją jedyną przyjaciółkę. Najgorsze jest to, że ja
byłam razem z nimi w samochodzie, tyle że mi nic się nie stało, co było równe z
cudem. Ciała moich bliskich były wygięte pod różnymi kątami i zmasakrowane, a
ja wyszłam z tej kraksy bez szwanku… Od tamtej pory muszę co tydzień chodzić do
psychologa, który ma mi „ pomóc poradzić
sobie z tą straszliwą stratą”. Ale ja nie potrzebowałam żadnej pomocy. Sama
sobie doskonale radziłam. Normalnie chodziłam do szkoły, uczyłam się w miarę dobrze,
ciotka nie miała żadnych kłopotów z mojego powodu… Można by rzec, że wcale nie
straciłam dwóch najbliższych mi osób. Ale kiedy z zewnątrz przypominałam
kwitnącą różę, tak od środka byłam cała pokryta kolcami. Doskonale wiem, ze
nigdy się nie pogodzę z ich śmiercią. Czasami, jak nikt nie patrzy, rozmawiam
niby do Engie, oczekując jakby jej odpowiedzi. Wiem, jestem psychicznie chora.
Ale nie mogę pogodzić się z faktem, że ja żyję, a oni nie. I wiem, że ciotka
zdaje sobie doskonale z tego sprawę. Po to właśnie psycholog. Żeby wyrzucił z
mojej głowy to cholerne poczucie winy. No! Powodzenia życzę!
- Ciociu, przyznaj się po prostu, że masz mnie już dość.
Mogę się wyprowadzić jak chcesz. Wynajmę sobie jakieś małe mieszkanko z niskim
czynszem, znajdę w miarę dobrze opłacalną robotę… Tylko nie każ mi wyjeżdżać do
wuja.
-Och, maleństwo! Dobrze wiesz, że to nie o to chodzi.-
wiedziałam.- Kocham cię bardziej niż kto inny, tyle że tobie potrzebna jest
pomoc. A w Nowym Yorku są dobrzy specjaliści, którzy się tobą zajmą…
- Jane, ile razy mam powtarzać, że nic mi nie jest!? Skoro
tak bardzo się martwisz moim stanem psychicznym, to czy to nie jest
nieodpowiedzialne wysyłać mnie do tego wariata?!
- Phebie, ile razy mam ci powtarzać, abyś nie wyrażała się
tak o swoim wuju?
- Kiedy on jest stuknięty, sama o tym wiesz co nieco. Ostatnim
razem jak byliśmy u niego z wizytą, biegał po posiadłości z czosnkiem pod
pachami bo podobnież go goniły wampiry! A nie pamiętasz, jak nam oznajmił, że
przygarnął do domu wilkołaka, bo te „milusie stworzonka” są specjalistami od odstraszania tych
obrzydliwych krwiopijców?! To nie jest normalne, ani trochę!
Przy tym ostatnim podniosłam trochę głos, ale miałam dobry
powód. Moja ciotka tak po prostu chciała mnie wysłać w świat, kiedy dobrze wiedziała,
że sobie nie poradzę. A w dodatku miałam
mieszkać z tym szaleńcem!
- Nie podnoś głosu. To moja ostateczna decyzja.
- Gdyby była tu mama, postanowiłaby co innego!- wykrzyknęłam
jej prosto w twarz, po czym od razu pożałowałam tych słów. W oczach Jane
zalśniły łzy.
- Tak. Pewnie masz rację. Ale jak zauważyłaś, twojej matki
tu nie ma.
Odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z mojego pokoju.
Ale ja jestem głupia….
Nie chciałam wcale jej zranić. Ale przecież nie mogłam już cofnąć swoich
słów. Czyli jednak będę musiała zamieszkać z tym wariatem. Po prostu cudownie!
Ale nie miałam już siły się kłócić. Położyłam się na łóżku i powoli zapadłam w
niespokojny sen.
Biegłam przez opustoszałe miasto, które było nawiasem mówiąc
całe zrujnowane. Naokoło mnie szalał ogień, czuć było swąd dymu. Rozglądałam
się naokoło i dopiero wtedy zrozumiałam, że znajduję się w Nowym Jorku. Albo
przynajmniej gdzieś, co przypomina Nowy Jork, bo tak szczerze w tamtym momencie
nie byłam pewna niczego. Nagle usłyszałam podniesione głosy. Ruszyłam w
kierunku, skąd dochodziły dźwięki. Wyszłam na plac na którym znajdowała się
garstka ludzi. Otaczali coś, czego nie mogłam dokładnie dostrzec. Gdy
próbowałam cokolwiek zobaczyć, obraz rozmywał mi się przed oczami. Dałam sobie
z tym spokój i postanowiłam rozejrzeć się dookoła. Wszędzie był ogień,
wszystkie budynki w ruinie. Co tu się
stało… Trzecia wojna światowa czy co? Nagle usłyszałam swoje imię. Ktoś
wykrzyknął je głośno i wyraźnie. Zauważyłam mężczyznę biegnącego w stronę
tłumu, a raczej tego, co tłum otaczał.
Był on wysoki, cały w popiele. Ubranie miał w strzępach, gołe nogi. A
jednak dzielnie przedzierał się przez tłum,
ciągle wykrzykując moje imię. W głosie dało się wyczuć panikę i rozpacz.
Kiedy tłum już się rozrzedzał i miałam już zobaczyć, co takiego otaczali,
usiadłam wyprostowana jak struna w moim mięciutkim łóżku, a w uszach ciągle
dźwięczał mi zrozpaczony krzyk
mężczyzny.
Był to pierwszy sen, który mnie naprawdę zaniepokoił. Potem
co noc śniłam o tym samym, tyle że za każdym razem znajdowałam się gdzie
indziej. Śniłam o świecie całym w ogniu i dymie. Budziłam się ze strachem, że
kiedy wyjrzę za okno, świat będzie w ruinie. Lecz za każdym razem widziałam to
samo: delikatny, wakacyjny wschód słońca. Tak właśnie minęło mi całe lato.
- Spakowałaś już wszystkie rzeczy?- ciotka krzątała się po
kuchni nalewając mi soku do szklanki.
- Tak, wszystko jest na górze.
Próbowałam wykazać trochę optymizmu, ale naprawdę nie mogłam
się na to zdobyć. Myśl, że już jutro będę musiała mieszkać z szaleńcem-wujem
coraz bardziej mnie przerażała.
- Lot samolotem masz na czternastą, więc na wieczór powinnaś
już być w Nowym Jorku. Na lotnisku będą czekali wysłannicy wuja, więc nie
musisz się niczym martwić.
- Yhm.- mruknęłam tylko po czym sięgnęłam po szklankę z
sokiem.
Ciotka stała przy kuchence odwrócona do mnie plecami, więc
nie widziałam wyrazu jej twarzy, ale z głosu można przecież wiele wyczytać. Z
westchnieniem podniosłam się z krzesła i powoli podeszłam do niej. Odwróciłam
ją delikatnie twarzą do siebie i od razu tego pożałowałam. Jane miała całą
twarz we łzach i mocno spuchnięte oczy.
- Hej, skoro będziesz aż tak
za mną tęsknić, to po co mam w ogóle wyjeżdżać.- podjęłam ostatnią desperacką
próbę namawiania ciotki do rezygnacji z tego pomysłu. Oczywiście się nie udało.
- Och, kochanie, oczywiście, że będę za tobą tęsknić!
Wychowywałam cię od małego brzdąca, tak bardzo mnie boli, że muszę się z tobą
rozstać.
Kobieta pochyliła się i mocno mnie przytuliła. Wtuliłam twarz w jej miękkie, kasztanowe
włosy.
- Wcale nie musisz się ze mną rozstać- powiedziałam cicho w
jej włosy.
Ciotka odsunęła mnie na długość ramienia, po czym już nie
płacząc spojrzała mi głęboko w oczy.
- Ależ muszę. Nie mogę być takim samolubem. Robię to
wszystko dla ciebie, chociaż najbardziej na świecie chciałabym schować cię w
domu tak, abyś już nigdy ode mnie nie odeszła. Ale nie mogę tak postąpić.
Potrzebna ci pomoc, której ja nie mogę ci już zapewnić. – przytuliła mnie jeszcze
raz, po czym dodała zdesperowanym tonem.- Uwierz mi.-wierzyłam.
Idąc cmentarzem wspominałam wszystkie lata spędzone tu, w
Bostonie. Wspominałam moje pierwsze spotkanie z Engie, w podstawówce. Było to
tuż przed szkoła, kiedy moja ciotka zapomniała po mnie przyjechać. Eng podeszła
do mnie i zapytała się, czy może chcę, żeby mnie podrzucili. Przez całą drogę
rozmawiałam z nią i okazało się, że kompletnie nic nas nie łączy. A jednak się zaprzyjaźniłyśmy, mimo dwóch odmiennych
charakterów. Wspominałam też moje pierwsze wakacje razem z przyjaciółką, kiedy
to pojechałyśmy z jej rodzicami nad jezioro. Państwo Olsenowie mieli tam domek
letniskowy, w którym przeżyłam najlepsze dwa miesiące w życiu. Pamiętam też i
te ponure miesiące, jakoś tak trzy lata temu, kiedy rodzicie Engie zaczęli się
ciągle kłócić. Przyjaciółka chodziła wtedy zawsze smutna, chociaż próbowała
okazywać, że rozwód rodziców nie robi na niej żadnego wrażenia. Jednak ja
wiedziałam , że w głębi duszy dziewczyna cierpi. Wszystko się niby jakoś ułożyło,
a ja i Engie poszłyśmy razem do tego samego liceum. Rok temu poznałam chłopaka, który przewrócił mój świat
do góry nogami. Josh był słodki. Miły, szarmancki, często także kupował mi
prezenty, których, jak mu ciągle powtarzałam, wcale nie potrzebowałam. Rzadko
się kłóciliśmy, a ja czułam, że nasz związek to coś poważnego. Jednak
najfajniejsze w tym wszystkim było to, że miałam przy sobie ludzi, którzy mnie
kochali i wspierali. Często ja, Engie i Josh wychodziliśmy razem. Mojej
przyjaciółce nie przeszkadzało to, że nie miała faceta. Świetnie się z nimi
bawiłam. Nareszcie czułam, że znalazłam miejsce na tym świecie, do którego
należę. Jednak jednego dnia całe moje życie się zawaliło. Był piątek, i wraz z
Joshem i Engie zaplanowaliśmy wyprawę nad morze. Cieszyłam się na tą wycieczkę
jak głupia, z resztą oni też. Jechaliśmy moim sedanem przez strome zbocze. Było
niebezpiecznie, dlatego prowadziłam powoli i z rozwagą, ale strasznie się
bałam, że coś schrzanię, dlatego poprosiłam przyjaciółkę, aby przejęła kierownicę.
Josh siedział wcześniej na przednim siedzeniu obok kierowcy, ale byliśmy blisko
celu, więc nie było sensu, aby się przesiadał do mnie na tyły. No i jechaliśmy
właśnie z takim ustawieniem: Engie za kierownicą, Josh obok niej, a ja z tyłu,
kiedy zderzyliśmy się z czymś ciemnym i bardzo szybkim. Nie pamiętam, jak to
się stało, ale przekozłowaliśmy przez połowę drogi. W szpitalu powiedzieli mi,
że miałam szczęście, bo siedziałam na tyłach. A Engie i Josh zmarli na miejscu.
Otrząsnęłam się z
ponurych wspomnień i stanęłam przed dwoma nagrobkami. Obydwa były nowe,
niedawno co postawione. Ne jednym z nich pisało: „ Engie Olsen, 1996-2013r., jak
coś idzie źle, to spraw, aby było inaczej”. Było to jej ulubione powiedzenie,
którym ciągle mnie raczyła, kiedy miałam doła. Dotknęłam delikatnie marmuru i
poczułam, jak łzy napływają mi pod powieki. Wytarłam je niezdarnie rękawem
bluzy i odwróciłam się powoli do drugiego nagrobka. Na tym natomiast
wygrawerowano: „ Josh Massaucest, 1994-2013r., żyć w strachu przed nieznanym,
to prawdziwa rozwaga, którą się powinno podziwiać.” Były to słowa, które
powiedział mi, kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy. Chciał się wtedy ze mną
umówić, ale ja byłam za bardzo strachliwa, co wszyscy zawsze brali za niechęć.
Jednak on znał prawdę. I mnie do siebie przekonał. Teraz już łzy ciekły mi po
twarzy na maxa. Ale się tym nie przejmowałam.
- Będę za wami tęsknić…- szepnęłam cicho po czym wycofałam
się powoli w stronę domu.
Podróż samolotem minęła mi bardzo szybko. Ani się
obejrzałam, już czekałam na lotnisku w
Nowym Jorku na ludzi, którzy mieli po mnie przyjść. Kiedy zaczęłam już z
nadzieją myśleć, że może wuj zapomniał o moim przyjeździe, zauważyłam dwójkę
ludzi zmierzających w moim kierunku. Kobieta była niska, blond włosy miała
ciasno upięte w koku na karku. Mężczyzna był wysoki i barczysty, a na twarzy
miał wypisany spokój.
- Jak minęła podróż, panienko Oliver?
To pytanie zadała kobieta,
biorąc ode mnie jedną z walizek.
- W porządku. Mój wuj was po mnie przysłał.- nie było to
pytanie lecz stwierdzenie faktu, mimo tego kobieta przytaknęła.
- Wuj z chęcią by po panienkę przyjechał, lecz praca go
zatrzymała. Pan Watson bardzo się cieszył na panienki przyjazd. Przez całe
wakacje chodził cały w skowronkach. Ciągle opowiadał, jaka to panienka jest
mądra, piękna i dobra. Widzę, że naprawdę nie przesadzał.
Patrzyłam nieco skrępowana, jak mężczyzna bierze resztę
mojego bagażu i próbowałam się skupić na myśli o nowej szkole, żeby tylko nie
słuchać paplaniny kobiety.
- Jestem pewna, że rezydencja się panience spodoba.
Prawdziwa klasyka. Będzie się tam panienka czuła jak księżniczka, już my tego
dopilnujemy.
Spojrzałam się na nią nieco zdziwiona.
- Jacy „my”?
- Służba, ma się rozumieć. Chociaż ja bym siebie tak nie
nazwała. Ja i pan Milton jesteśmy raczej starymi przyjaciółmi rodziny Watson.
Popatrzyłam się z ukosa na mężczyznę, który jak dotąd ciągle
milczał.
- Nazywa się pan Milton, tak?
Mężczyzna spojrzał się na mnie zaskoczony po czym kiwnął
lekko głową. Zdenerwowało mnie to trochę.
- Zbyt towarzyski to pan nie jest…
Popatrzył się przez chwilę na mnie rzucając mi
przepraszające spojrzenie.
- Och, panienko Oliver, proszę wybaczyć Robertowi. Widzi
panienka, on jest niemową.
- Niemową…?- spojrzałam się jeszcze raz na pana Miltona po
czym strasznie się zawstydziłam. Ale ja jestem głupia…
- Hm, przepraszam.
- Ach, nie przejmuj się.
Ruszyliśmy we trójkę w stronę czarnej limuzyny. Po drodze
zastanawiałam się, czym zajmuje się mój wuj, skoro stać go było na służbę,
mieszkanie w wielkiej rezydencji podobnej do pałacu oraz jeżdżenie limuzyną.
Tak szczerze, to nie wiedziałam prawie niczego o mojej rodzinie. Niby wiedziałam, że moja matka zginęła w
pożarze jak byłam mała. Dlatego wychowywała mnie ciotka, bo ojciec zazwyczaj
siedziała w swoim biurze. Nie dane mi było jeszcze zajrzenie do tego
pomieszczenia. A u wuja byłam tylko raz, i to pięć lat temu. Bałam się, co
zastanę na miejscu. Ale w moim przypadku to było normalne. Zawsze obawiałam się
zmian. I miałam przeczucie, że wszystko zmieni się całkowicie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz